Morskie Oko zimą i Czarny Staw. Dzień dobry TATRY!

Zdałem sobie sprawę, że to mój pierwszy zimowy wypad w Tatry. Nie myląc oczywiście z miastem Zakopane, bo to całkiem co innego. Tym razem mowa o zimowym trekkingu po tatrzańskich szlakach. Wstyd się przyznać. No tak. Ale robię to publicznie, żeby za jakiś czas wrócić i porównać doświadczenie. Po za tym wstydzić się może ten kto udaje kogoś kim tak na prawdę nie jest. 

Naszła Cię pewnie myśl – on to prowadzi blog o górach i pewnie już wszędzie był. Otóż nie. Nie trzeba być dinozaurem w danym temacie, aby móc rozpocząć swoją przygodę. Moja przygoda trwa i jest mi z tym bardzo dobrze.

 

Jak zorganizować zimowy wypad w góry?


Nie sposób było zorganizować ten wypad, a jego początki sięgają już połowy grudnia. Posłuchaj mojej historii. Ania jechać ze mną nie mogła. Rozpocząłem więc poszukiwania. Kto byłby chętny na zimowy trekking bez ekstremalnych doznań? Spokojne szlaki z ciekawą panoramą.

Powiem tak: nie wiele osób z moich bliskich znajomych podziela moją pasję, więc łatwo nie było. A to brak sprzętu (ubrać się za jednym razem na zimowe wyjście – nie jest łatwo), a to choroba, albo Bóg wie co jeszcze. Po za tym nikt w jeden dzień nie wywali kilku stówek (500-1000 zł), żeby użyć sprzętu jeden, góra dwa razy w ciągu roku, a potem wrzuci do szafy i będzie leżał. Plus jest taki, że to inwestycja na lata. Raz zakupiony sprzęt będzie służył bardzo długo, jeśli zachowasz jedną z najważniejszych zasad: będziesz o niego dbał!

Kto pamięta ten wie, że już w grudniu pogoda była jak z bajki. I dzień w dzień plułem sobie w brodę, że mnie tam nie ma. Cholera…

Czy masz też czasem takie wrażenie, że w momencie, gdy czegoś bardzo pragniesz, chcesz być w danym miejscu, chcesz wyjechać, a nie możesz to nagle wokół widzisz, że wszyscy nagle tam są i dobrze się bawią. Znasz to? Tak właśnie czułem się w grudniu. Pomyślałem, że tak być nie może. Jadę pooddychać Tatrami!

Zima w tym roku była wyjątkowo piękna (nadal jest chociaż śnieg i mróz na chwilę zawinęli manatki).  Dla jednych pogoda jak marzenie, dla innych zmora. Dawno tak nie było. I w głowie cały czas tliła się myśl, że muszę wykorzystać to jak najlepiej. Dobra. Styczeń zaczniemy w Tatrach. Postanowione.

OK, ale zimą muszę mieć kompana, więc robię krótki „research” jeszcze raz iiii mam – Marcin. Szybki telefon. Dzwonię i pytam „czy pisze się na dwudniowy wypad w Tatry”. Jest zamysł. Powoli klaruje się plan. Jedyne czego potrzebowałem to jego pozytywna odpowiedź. Marcin to zapalony sympatyk gór (chyba jeden z nielicznych moich znajomych) podłapał pomysł i zgodził się!

Yeah.

Nie czekaliśmy długo wybraliśmy dwa dogodne dla nas obu terminy i obserwowaliśmy codziennie prognozy. Gdyby w pierwszym terminie pogoda pokrzyżowała nam plany to mieliśmy jeszcze jeden termin awaryjny. Dwa tygodnie przed na Podhalu śnieg sypał bez przerwy. Wszędzie bębnili o lawinowej „4”, nawet w Beskidach była „trójka”. Przez kilka dni pozamykane praktycznie wszystkie szlaki (łącznie z Morskim Okiem i prostymi dolinami). O nie! Tylko nie to.

Na szczęście tydzień przed wyjazdem pogoda klaruje się na tyle dobrze, że nic nie jest już w stanie nas zatrzymać.

Wodogrzmoty Mickiewicza.

Z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka.

„Zaczynamy przygodę”

W drodze do Zakopanego nie do końca byliśmy pewni czy przywita nas słońce. Prognozy były na prawdę przeróżne. Jedno co było pewne to mróz. I ku naszemu zaskoczeniu wjeżdżając do Zakopanego widzimy przed sobą przejrzyste niebo, żadnej chmurki na niebie, wschodzące słońce i termometr w aucie pokazujący równe -11 stopni Celsjusza. Podróż trwała niecałe 3 godziny. Bez korków i stania na Zakopiance. Pierwszy raz przetestowana przeze mnie trasa przez Słowację zdała egzamin na 5!

Dojechaliśmy. O godzinie 7:30 meldujemy się na parkingu w Palenicy Białczańskiej. Wita nas parkingowy, który kasuje nas równe 25 zł za całą dobę postoju. Serio? To chyba największa zmora na Podhalu. Umówmy się, że nikt nie lubi płacić za parking. Prawda? W Zakopanem jest to szczególnie drogi luksus. Gdzie nie staniesz tam płacisz zielone. Pogódź się z tym.

Na parkingu stało już raptem kilka samochodów, więc nie byliśmy pierwsi. O tej godzinie w okresie letnim pewnie tłumy byłyby dużo większe. Na szczęście z nami w drogę wyrusza dosłownie parę turystów. Za pewne mróz i nie do końca pewna pogoda zatrzymała wielu urlopowiczów w domu i chwała im za to.

Nie zawsze jesteśmy w stanie zorganizować wyjazd tak, żeby jechać w środku tygodnia i najlepiej pomiędzy wysokim sezonem. I dlatego jeśli ktoś nie lubi wstawać wcześnie musi liczyć się z tłokiem na szlakach. Ja lubię spokój i ciszę, a żeby jej zaznać chociaż troszkę w górach niestety trzeba polubić poranny dźwięk budzika.

Wyruszamy w drogę przez najpopularniejszą i najbardziej obleganą zimową turystyczną drogę w Tatrach. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jaka „rzesza” ludzi w ciągu roku przemyka tą trasą.

Liczone w milionach…

To co stało się z moją brodą podczas drogi pokazuje, że był siarczysty mróz. Wbrew pozorom to -12 stopni nie było aż tak mocno odczuwalne. Może dlatego, że szliśmy bez większych przerw. Po za tym dobrze się przygotowaliśmy. W moim przypadku kurtka ocieplana z firmy Rab o sprężystości 600 cui spisała się na medal. O czym świadczy fakt, że się pociłem i momentami musiałem rozsuwać zamek, a wtedy para skraplała się na brodzie. No i brak wiatru w górach – bardzo pożądany i trudno dostępny.  Lepszej pogody nie mogliśmy sobie wymarzyć. Podobno, żeby mieć taki warun trzeba przez cały rok być bardzo grzecznym… Wiecie coś o tym?

Na zdjęciu po lewej stronie wspomniana poniżej leśniczówka „Wanta”. 

Jak dojść na Morskie Oko zimą pieszo?

Nie jest łatwo. Nie no żartuję. To chyba jeden z najprostszych szlaków w całym Zakopanem (nie licząc tego na Krupówki 😀 ), który od samego początku do samego końca pokryty jest asfaltem. Nie licząc skrótów, które zdecydowanie skracają drogę. Nie ma zbyt wielu przewyższeń. W kilku momentach jest delikatnie pod górkę, ale na tyle, że trudno to odczuć. Jedno jest pewne, że trasa nie należy do najkrótszych, bo trzeba przedreptać 9 km w jedną stronę na własnych nogach. Dla wygodnych górale z Podhala przygotowali bryczki zaprzęgane końmi. Dudki muszą się zgadzać… Nie popieram. Odradzam. W imię czego? Ci ludzie chcą się pokazać? Strzelić fotkę nad Morskim Okiem i z powrotem. Na Krupówki zalać robaka…. 🙂 Fuck! Pojechałem, ale wierzę, że ten wpis czytają miłośnicy górskich wędrówek, a nie przejażdżek. W końcu prawdopodobnie trafiłeś tutaj, bo szukałeś info „jak dojść na morskie oko zimą”, a nie „jak dojechać” w ciągu 50 minut.

Wracając do sedna. Samo 9 km się nie zrobi. Jeśli ze sportem masz nie wiele wspólnego to bądź gotowy na zakwasy, które nie znikną po śniadaniu, ale zostaną z Tobą na dłużej. Tam i z powrotem to już całe 18 km. Dorzuć do tego plecak z wodą (1,5 l) i dodatkową odzieżą. Aparat na ramieniu. Termos z herbatą i wiśniówką na pobudzenie krążenia. To już robi się kilka kilogramów więcej do targania na Twoich plecach. Moje nogi to odczuły. Twoje też poczują.

„Trekking po górach to nie relaks dla ciała, lecz dla duszy”

Warto w takich okolicznościach przyrody pokusić się o spokojny spacer, bo widoki po drodze umilą nam nasz wysiłek. Za nim dotrzemy do Morskie Oka to przy pierwszym odcinku całego szlaku mijać będziemy wodospad nazywany Wodogrzmotami Mickiewicza. Będzie tam charakterystyczny most. Latem wodospad rzuca się w oczy, zimą można go nie zauważyć. W okresie zimowym ten rejon narażony jest na samoistne zejścia lawin – miej to na uwadze! Niedaleko poniżej jakieś 15 minut drogi od tego miejsca znajduje się schronisko PTTK w Dolinie Roztoki. To też może być ciekawy punkt zaczepienia dla tych, którzy mają więcej czasu.

….

Przed Leśniczówką „Wanta” odbijamy w prawo na skróty i tutaj zaczynają się schody. Dosłownie, bo na tym odcinku uformowane są specyficzne schody. Tym sposobem czas przejścia z parkingu pod samo schronisko PTTK nad Morskim Okiem to plus-minus jakieś 2:30 h. Przyzwoity czas!

„Witaj Morskie Oko zimą”

Docieramy. Nasz pierwszy cel – zdobyty. Ku naszemu zaskoczeniu o koło godziny 10- tej przed schroniskiem PTTK Morskie Oko jest kilkanaście osób. Jak się później okazuje w środku też tłumów nie było. To na prawdę miły widok. Marcin poszedł na zwiady do środka, ja w ekspresowym tempie rozstawiłem statyw znalazłem fajną miejscówkę i zacząłem strzelać z aparatu. Wspaniały widok. Wszystko robiłem na jednej nodze. Nauczony doświadczeniem korzystałem z okna pogodowego, które o tej godzinie było jeszcze bardzo dobre. Jak się później okazuje warunki mogą się diametralnie zmienić z minuty na minutę…

Lubię przerwy w schroniskach, bo każde z nich ma w sobie wyjątkowy klimat, zapach starego drewna, wystrój i przepyszne swojskie jedzenie. My jednak w tym dniu sięgamy po domowe kanapki przywiezione ze Śląska i herbatę. Zawsze zastanawiam się nad tym, dlaczego kanapki zjedzone w trasie, na szlaku, nawet na dole w kopalni smakują dużo lepiej, inaczej niż w domu. To ci dopiero – przemyślenie. Ale z takim widokiem przez okno człowiek dochodzi do różnych przemyśleń..! 😉

Podczas 20-minutowej przerwy ludzi zaczęło przybywać. Ok, to znak, że trzeba się brać. Ręce ogrzane, baterie w aparacie i kamerce też (pamiętaj, że baterie na takim mrozie wyładowują się znacznie szybciej niż latem), głód pokonany.

Zbieramy się powoli.

 

W tle mocno charakterystyczny szczyt i jedna z najtrudniejszych technicznie dróg wspinaczkowych w Tatrach – Mnich (2068 m n.p.m.).

Za nim jednak przejdziemy do dalszej części przygotuj się na kilka ciekawostek związanych z największym jeziorem w Tatrach. Tego żaden nauczyciel geografii Ci nie powie. Morskie Oko znajduje się w dolinie Rybiego Potoku. Jak nazwa sama wskazuje i można się domyślić to jezioro to zostało jako jedyne z nielicznych zarybione przez pstrągi w sposób naturalny. I co? Wierzę, że tego się nie spodziewałeś. Jezioro o powierzchni 35 ha znajduje się na wysokości 1395 m n.p.m. I jak o tym czytałem to sam przecierałem oczy ze zdumienia, bo według nowojorskiej gazety „The Wall Street Journal” Morskie Oko znalazło się w gronie pięciu najpiękniejszych jezior świata. Cóż za wyróżnienie.

Myślę, że całkowicie zasłużone. Prawda?

 

 

Mógłbym patrzeć na nie godzinami. Ich surowość i majestatyczność w zimowej odsłonie powala na kolana 😉 I muszę się przyznać, że po raz pierwszy w życiu stałem na zamarzniętym jeziorze w obecności Tatr. Uczucie nie do opisania. Cieszyłem się jak dziecko. Grubość tafli lodu w takich warunkach jest na poziomie około 50-70 cm, więc spokojnie można sobie po nim spacerować. Co prawda nie wiem jaka była dokładnie w tym czasie, ale mogę się domyślić. W ostatnich dniach temperatura utrzymywała się powyżej -10 stopni, więc myślę, że było całkowicie bezpiecznie. Gdyby było inaczej pewnie nie chodziłyby po niej tak liczne grupy turystów. No dobra to nie jest wyznacznik. Wariatów w górach nie brakuje o czym niejednokrotnie dowiadujemy się z mediów. Większość turystów zmierzała w kierunku Czarnego Stawu i Rysów. Bardziej tego pierwszego, bo na ten drugi było już raczej za późno.

My załapaliśmy się jeszcze na moment, gdzie pojedyncze osoby stąpały po lodzie co w obliczu wielkich gór wygląda imponująco. Ten widok nigdy mi się nie znudzi. A Ty co o tym myślisz?

Jak dojść na Morskie Oko zimą?

 

Czarny  Staw pod Rysami. Na Rysy przyjdzie czas.

Przyszedł czas na prawdziwą wisienkę na torcie. To co prawda nie są jeszcze zdobyte Rysy (2499 m), ale z tego miejsca jest już bliżej niż dalej do mojego kolejnego marzenia. Myśląc o nim robi mi się automatycznie cieplej na sercu. Czarny Staw pod Rysami, bo o nim mowa. Kolejny cel i jeden z głównych podczas dwudniowego wypadu w nasze polskie góry. Odhaczony. Mam z nim ciekawe wspomnienia, które po trochu odzwierciedlają zdjęcia i momenty, które udało się uchwycić. Znaleźliśmy się tym samym na wysokości 1580 metrów. I z tego miejsca do najwyższego szczytu w Polsce brakuje nam jeszcze 919 metrów. Dla ścisłości Rysy dzielą się na 3 wierzchołki i zarówno najwyższy 2503 m jak i najniższy wierzchołek 2473 m znajdują się po stronie Słowackiej. I ten pośredni to nasza Polska perełka zaliczona do Korony Europy.

Z Morskiego Oka na Czarny Staw w okresie zimowym (w okresie letnim czas ten wydłuży się, bo nie będzie nam już dane pójście na skróty przez jezioro) dojście zajęło nam jakieś 40 minut. Sugerując się tym czasem weź pod uwagę, że posiłkowaliśmy się raczkami. Co ułatwiło nam wejście do góry. Nie wyobrażam sobie, żeby robić to bez. Można i da się. Takie osoby mijaliśmy po drodze. Ale w tym przypadku to jest to jak wchodzenie po wzniesieniu pokrytym lodem. Stopy nam objeżdżają i tracimy dwa razy więcej siły. Uczulam i odradzam wejście bez. Jeszcze lepszym rozwiązaniem będą raki, ale raczki w zupełności starczą.

Za nami Rysy – Królowa lub Król (sam nie wiem jak jest poprawnie) naszych Polskich gór. 

 

Nie obyło się bez nagrody. Skonsumowane na miejscu i dzielone na dwóch. Bez obaw. Taka dawka w ciągu kilku minut rozeszła się w naszym krwiobiegu nie zostawiając żadnego śladu. Po za miętowym oddechem w ustach. Było to godne uwieńczenie pierwszego dnia, który zrealizowany został tak jak zaplanowaliśmy.

Ciekawe jest to, że dokładnie 4 dni po naszej wizycie w tym miejscu dochodzi do zejścia lawiny pod Rysami. Sześciu turystów z Warszawy znalazło się pod śniegiem. Na szczęście udało im się wydostać i nikomu nic poważnego się nie stało. To uświadomiło nam, że góry w zimie to nie to samo co latem. Wielu z nas wydaje się, że jak jest lawinowa „2” to można iść. Jest w miarę bezpiecznie i dopiero przy 3 i 4 zapala nam się czerwona lampka. I to jest błąd. Zejście tej lawiny odbyło się przy 2!

Zostawiam to tutaj dla przestrogi…

Zasypane schronisko PTTK Morskie Oko.

„Biało, mglisto i ponuro”

I już na koniec wracając do pogody. W ciągu 30 minut rozegrała się ciekawa sytuacja. Co prawda już wcześniej niebo nie było zupełnie bezchmurne, ale widoczność była bardzo dobra. Wszystko rozpoczęło się na Czarnym Stawie pod Rysami, gdy już zbieraliśmy się do zejścia w dół chmury zakryły wszystkie szczyty Tatr. Momentalnie zrobiło się biało, mglisto i zawitał wiatr. Do tego śnieg zaczął dość intensywnie sypać. Była godzina około 14-tej i jeszcze wiele osób było w trakcie dojścia na Rysy lub już schodzili. Warunki na prawdę mocno się pogorszyły.

Byliśmy świadkami zjazdu trzech skiturowców spod samych Rysów. Zobaczyć to na własne oczy, a usłyszeć w radiu to dwie różne sprawy. Czapki z głów 🙂

W schronisku PTTK Morskie Oko przy tej pogodzie zrobiło się tłoczno. Mało powiedziane. Ciężko byłoby wsadzić szpilkę. Weszliśmy na 10 minut, żeby załatwić sprawy fizjologiczne i udaliśmy się w kierunku Palenicy Białczańskiej w aurze mocno zimowej.

Jak logistycznie i najtaniej  bez wydawania fortuny spędzić 2 dni w Tatrach:

– Przy założeniu, że jedziemy w minimum dwójkę, więc z automatu koszty noclegu, paliwa i opłat parkingowych dzielone są na dwie osoby. Celowo napisałem w Tatrach, bo głównym celem są góry, a nie sama lokalizacja miejscowości Zakopane. To zmienia w dużym stopniu budżet, który jest nam potrzebny. Najwięcej wydajemy w restauracjach, karczmach buszując na Krupówkach lub w ich pobliżu oraz na parkingach, gdzie płacimy 2-4 zł za godzinę. A przy 5 minutowym przekroczeniu limitu górale nie będą mieli skrupułów, żeby skasować nas za kolejną godzinę.

– W naszym wypadku zrobiliśmy w sumie 450 km (licząc drogę tam i z powrotem oraz to co wyjeździliśmy bezpośrednio na Podhalu) przy spalaniu 5 l/100 km jest to 22,5 l ropy. Licząc ropę przy obecnym kursie na stacji Orlen 4,82 zł wychodzi kwota 108 zł.

– Nocleg w tym okresie wyszedł nas stosunkowo tanio, a z racji tego, że głównym celem były góry tylko i wyłącznie to szukaliśmy po za centrum, na obrzeżach Podhala. Tę jedną przenocowaliśmy w Poroninie w Willi Górska Dolina za jedyne 160 zł za pokój. W cenie dostaliśmy obiad + śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Było na prawdę smacznie. Tutaj znajdziesz więcej informacji o tym miejscu. Po za tym po długim trekkingu w mrozie organizm będzie zadowolony z każdego „ciepłego” posiłku. Wtedy nie potrzebujemy wykwintnych dań. Zjemy co nam na stół położą!

– Na dwóch parkingach zostawiliśmy w sumie 50 zł (25 zł – zarówno parking w Palenicy Białczańskiej jak i w Wierch Poroniec gdzie rozpoczynaliśmy drugi dzień wyprawy na Rusinową Polane i Gęsią Szyje).

– Wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego – 5 zł / os.

Podsumowując wydaliśmy w sumie 328 zł. Pobyt w Tatrach z noclegiem, z pełnym wyżywieniem, z całą logistyką, bez zbędnych luksusów kosztował mnie 164 zł. Myślę, że pieniądze bardzo przyzwoite. I idąc tym przykładem chcę pokazać, że niekoniecznie wyjazd do Zakopanego musi wiązać się z kosztowną inwestycją.

Jakie są Twoje doświadczenia? Pochwal się w komentarzu. 

Wpisz zapytanie. Wciśnij Enter aby wyszukać.