Kasprowy + HALNY + zamknięta kolejka?! cz. 1

– Co Ty na głowę upadłaś?

– Jak będziesz szła w tej sukni ślubnej?

– Nie możecie sobie zrobić pleneru w normalnym miejscu?

– Chyba żartujecie?

– Będziecie specjalnie jechać do Zakopanego?

T

akie oraz inne pytania usłyszeliśmy wiele razy. Ale już przy naszym weselu poszliśmy lekko na ustępstwa, aby za bardzo nie wydziwiać i wychodzić przed szereg. Marzyliśmy o weselu w górach, ale najzwyczajniej w świecie nie udało się. Za duży koszt, zbyt wiele kłopotów z dojazdem. No, sam rozumiesz?

Odpuściliśmy, ale jedną rzecz musieliśmy doprowadzić do końca. Nie mogliśmy pozwolić, aby plener ślubny nie odbył się w górach.

DLACZEGO NIE ROBIĆ PLENERU W DNIU ŚLUBU?


Jak wiesz, większość par swoje plenery ślubne organizuje w dniu wesela. Według nas nie jest to do końca normalne, ale najwyżej praktyczne. O ile ten pomysł sprawdza się przy weselach dwudniowych, to przy jednodniowych nie bardzo. Dlaczego? Ten, kto swój własny ślub ma już za sobą wie doskonale, jak czas nieubłaganie pomyka. Na początku obawiamy się, jak ten dzień przeżyjemy. I choć w głowie pojawiają się myśli – niech to już się skończy – to cała impreza odbywa się w mgnieniu oka.

– C’nie? No nie udawaj, że nie wiesz o czym mówię!

Ani się oglądniesz, a już jest koniec. Z tego powodu uważamy, że lekką głupotą jest zorganizowanie pleneru w tym samym dniu.  Oprócz tego,  jest też kilka innych ważnych kwestii, które uświadamiają, żeby nie popełniać tego błędu.

Chociaż dla niektórych może to być doskonała możliwość ucieczki i szansa na odetchnięcie od gości, muzyki, tańców i całego tego grajdołku. Jednak jeśli zależy Ci na dobrej jakości zdjęciach i nie chcesz ograniczać się do pobliskich, niekoniecznie najlepszych, miejsc do fotografowania, to pomyśl o tym, aby plener zorganizować w innym terminie.

RAZ – nie będzie towarzyszył Ci stres związany z całą uroczystością. Podejdziesz do tego na dużo większym luzie. Bez spiny. Masz wtedy szansę na zdjęcia lepszej jakości i świeżości. Uwierz mi na słowo, że taka „dobra” sesja potrafi być męcząca i wymagająca. Chyba, że nie zależy Ci na tym zbyt szczególnie i chcesz to po prostu odbębnić, jak całą resztę.

DWA – nie stracisz tych 3,4 godzin podczas już okrojonego, intensywnego i „najważniejszego dnia” w Twoim życiu. W ogóle fenomenem jest organizacja całego przedsięwzięcia. Przygotowania do wesela zazwyczaj trwają około pół roku, a cała impreza – razem ze ślubem w kościele – to tylko kilka godzin. Zastanów się i pomyśl, czy nie byłoby miło wracać wspomnieniami do zdjęć, z których będziesz dumny. To do nich będziesz zaglądał, żeby przypomnieć sobie emocje, jakie Ci towarzyszyły. To jedyna pamiątka, jaka pozostaje po tym ważnym dniu.

Powracając do tematu.

Plener na KASPROWYM WIERCHU.

KLAMKA ZAPADŁA


– Wesele nie było góralskie, to chociaż plener niech będzie w górach – pomyśleliśmy.

Długo zastanawialiśmy się nad miejscem, ale ponieważ nasi fotografowie weselni kochają Zakopane, tam udaliśmy się, aby uwiecznić pierwsze chwile bycia mężem i żoną. Skoro Tatry, to jako główny punkt naszej sesji wybraliśmy Kasprowy. Jest tam kolejka, więc można wjechać oraz zjechać. Zdać by się mogło – idealny układ! Nikt z nas nie wyobrażał sobie, żeby w sukni ślubnej i garniturze wspinać się na jakiekolwiek szczyty. Nasz dress code nie był odpowiedni do tego rodzaju wędrówek.

Dzień zapowiadał się idealnie. Pogoda na dole Zakopanego była słoneczna. Na niebie widniało dosłownie kilka białych, delikatnych chmurek. W zasadzie ciepło jak na prawie połowę września, a więc widać, że ktoś z góry czuwał nad nami. Fryzury gotowe (pozdrawiamy naszą kochaną fryzjerkę), wianek z kwiaciarni odebrany, bilety na Kasprowy w obie strony kupione.

Kuźnice przywitały nas standardowo długą kolejką, w której – całe szczęście – my nie musieliśmy stać (warto kupić sobie bilety poprzez – http://www.pkl.pl, jeśli cenisz swój czas).

Kuźnice - startujemy.

Przechodząc obok kolejki przykuliśmy uwagę turystów. Wszystkie oczy skierowane były na nas. Idąc nie wstydziliśmy się, czuliśmy ogromną dumę. Na miejscu czekali już nasi wspaniali paparazzi – Justyna i Tomasz. Jako, że ich bardzo lubimy i mieliśmy okazję nieco poznać, robimy niewielką reklamę – http://justynaortyl.pl). Wspaniale spisują się w plenerach górskich, o czym świadczą nasze zdjęcia. Sam oceń i powołaj się na nas. Kto wie, może w ten sposób uzyskasz jakiś rabat 😉 Oczywiście tego zagwarantować nie możemy, ale próbować warto.

WALKA Z HALNYM..

Aby życie miało smaczek!


Jak już wcześniej wspomniałem, nic nie wskazywało na to, aby warunki atmosferyczne na górze znacząco się różniły od tych na dole.  Słyszeliśmy już różne opowieści, że pogoda w górach potrafi zmienić się diametralnie w jednej chwili. Ale nigdy nie mieliśmy okazji, aby doświadczyć tego na własnej skórze. Aż do tego dnia. Wjazd kolejką do góry okazał się jednym z hardcorowych przeżyć w naszym życiu. Wszystko za sprawą szalejącego halnego.

Kabina, którą jechaliśmy kręciła nami z jednej strony w drugą. To była niezła huśtawka. Rollercoaster miałby na noc. Szkoda tylko, że na takiej wysokości. Była lekka panika. Osoby, które miały lęk wysokości nie były zachwycone, a w ich oczach było widać przerażenie i strach.

– Nie dziwie się – sam zastanawiałem się czy to normalne!?

Kolejka, która na końcu musi zmieścić się w dwóch bramkach weszła tam na milimetry. Wjechaliśmy do góry, wychodzimy z budynku na zewnątrz i nagle coś nas cofnęło. Jak myślisz, co? Porywisty wiatr. Był tak silny, że po kilku krokach musieliśmy wracać do środka. Byliśmy lekko przerażeni tą sytuacją, ale prawdziwa panika zaczęła się po około 15-20 minutach. Wtedy właśnie pracownicy PKL-u poinformowali, że ostatni zjazd odbędzie się za 10 minut. Zamykają kolejkę z powodu złych warunków atmosferycznych. Szkoda, że nie widzieliście miny mojej żony – bezcenne.

Mieliśmy do wyboru dwie opcje.

Zostajemy u góry. Ale będziemy musieli stoczyć ostrą batalię z halnym, który nie dawał za wygraną i w tym dniu pokazał, kto tu tak naprawdę rządzi. Oprócz tego schodzimy z Kasprowego na nogach mając na sobie wyłącznie ubiór ślubny (chociaż buty górskie mieliśmy na przebranie). Idziemy na całkowity żywioł i realizujemy marzenie, które chodziło za nami od momentu pojawienia się tej wspaniałej myśli. Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia!

Wracamy na dół. Porzucamy nasze marzenie i szukamy jakiejś małej polanki, doliny, aby pstryknąć fotki. Dajemy za wygraną i wracamy pokonani.

Biliśmy się z myślami: Iść, czy nie iść?

Smaczku całej sytuacji dodawał fakt, że od kilku dni byłem na silnym antybiotyku.

Jak myślisz co wybraliśmy?


– Oczywiście, że zostaliśmy.

Nie po to tu przyjechaliśmy, aby odpuścić na pierwszej kłodzie, która pojawiła się na naszej drodze. 

Chociaż decyzja nie była na początku tak oczywista. Pojawiły się momenty słabości, strach i stres, bo nasz organizm jest skonstruowany tak, żeby bronić się przed tym co złe i niewygodne. Dobrze, że Justyna w porę zmotywowała Anię i pomogła jej zakupić legginsy w jedynym ze sklepów na stacji kolejki. Plener na Kasprowym Wierchu stał się zatem dużo większym wyzwaniem niż na samym początku. 

Zdjęcia chcieliśmy zrobić na górze Kasprowego, bo to był najlepszy punkt widokowy. Pierwsze podejście nie było udane – zbyt silny wiatr utrudniał nam ustanie w jednej pozycji nawet przez kilka sekund. Stawało się to zbyt niebezpieczne. Tym bardziej, że przechodziliśmy przez wąską ścieżkę, a poniżej była skarpa. Wycofaliśmy się i po kilku minutach jednoznacznie podjęliśmy decyzję o tym, aby zejść nieco niżej. Tam na pewno halny będzie nieco lżejszy.

Plener na Kasprowym Wierchu.

Schodząc spotkaliśmy jedną parę, która podobnie jak my, zdecydowała się na plener w górach. W tle widzieliśmy także 2 inne pary,  więc nie byliśmy tam zupełnie odosobnieni. Miłym zaskoczeniem były gratulacje składane przez ludzi idących tym samym szlakiem. Niemniej jednak wszystkie one były w języku angielskim. To świadczy o tym, że goście z zagranicy są niezwykle przyjaznymi i ciepłymi ludźmi.

CZARNY STAW GĄSIENICOWY – punkt docelowy


Po drodze pstrykaliśmy zdjęcia, a jako następny punkt obraliśmy Czarny Staw Gąsienicowy. Zmierzając do celu wstąpiliśmy na małe siku i szybkiego „burgera” w Schronisku PTTK Murowaniec, mieszczącym się na poziomie 1500 m n.p.m. Była też chwila odetchnięcia i szybka herbatka z termosu. Dobrze, że mieliśmy ją ze sobą, bo halny, w połączeniu z niską temperaturą, dał nam ostro w kość.

Schronisko i staw dzieli przysłowiowy rzut beretem – nawet przy naszym ubiorze dotarliśmy tam w czasie krótszym niż 37 minut. Taki czas pokazuje Google Map. Ścieżka przez większość trasy prowadzi między kosodrzewinami. Trasa nie jest zbyt wymagająca. W większości czasu idziemy po płaskim terenie, ale zdarzają się liczne wzniesienia. Pokonując skalny próg polodowcowy, mamy już za sobą ostatni odcinek drogi.

Czarny Staw Gąsienicowy.

I jesteśmy – Czarny Staw Gąsienicowy (1622 m). Widok zapiera dech w piersiach. Patrzę na Anię, ona na mnie – nic więcej nie musieliśmy mówić. W naszych oczach widać było zadowolenie i spełnienie. Chociaż dopiero połowa roboty została wykonana, dla takich widoków warto było marznąć!

W panoramie można dostrzec Strzelisty Kościelec, grań Orlej Perci, Kozi Wierch, Zamarzłą Turnię. Być może nie dostrzeżecie tego wszystkiego na naszych zdjęciach, ale będąc nad Czarnym Stawem nie sposób tego nie zauważyć.

Halny nad Stawem był tak silny, że momentami dostawaliśmy zimną bryzą po twarzy (patrz. foto niżej). To dawało poczucie, że jesteśmy nad morzem. Pojawiały się niewielkie fale, a wszystko wokół wirowało. Warunki nadal były ciężkie, ale przynajmniej byliśmy w stanie utrzymać się na nogach.

Efekty są piorunujące – przynajmniej dla nas. Poniżej kilka fotek.

Bryza nad stawem.

Spędziliśmy tam ponad godzinę momentami czekając na słońce, które chowało się za kłębiącymi się, gęstymi chmurami. Wracaliśmy tym samym szlakiem w kierunku Murowańca. Tam zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, a nagrodą była zupa pomidorowa i ciepła herbata. Schronisko było lekko przepełnione, ale największym urokiem takich miejsc jest właśnie duża liczba gości. Bardzo to lubimy. Możesz tam spotkać wielu przyjaznych, otwartych i serdecznych podróżników, którzy kochają góry.

 

Powrót do domu.

Droga powrotna minęła nam błyskawicznie. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że plener na Kasprowym Wierchu będzie tak ekstremalną przygodą. Teraz się z tego śmiejemy, bo przynajmniej będzie co dzieciom opowiadać.

Czy Ty też możesz pochwalić się podobną przygodą?

Wpisz zapytanie. Wciśnij Enter aby wyszukać.