Jak wejść na Szpiglasowy Wierch przez Dolinę Pięciu Stawów?

Marzy Ci się pierwszy dwutysięcznik? Masz już za sobą kilka trekkingów po niskich górach, ale chcesz wkroczyć na wyższy poziom bez zbytniego naciągania się. Dolina Pięciu Stawów? Szpiglasowy Wierch! Dla mnie odpowiedź jest jednoznaczna. 

Myślę, że to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. Zdecydowanie bardziej wolę Dolinę Pięciu Stawów niż Morskie Oko. I nie chodzi o licytowanie się, które miejsce jest lepsze! Nie, nie!

Oba są cudowne, ale każde oferuje całkowicie różne doznania.

W moim osobistym odczuciu w Dolinie 5-Stawów panuje niebywały klimat. Czuć go w powietrzu. Nie potrafię opisać i nawet nie chcę porównywać z niczym innym. Po prostu jest pięknie!

Trzeba też przyznać, że znacznie mniejsza ilość ludzi decyduje się na ten kierunek. I to duży atut. Powoli w Tatrach trzeba będzie ze świecą szukać takich perełek! Skoro tu jesteś to pewnie chcesz dowiedzieć się jak wejść na Szpiglasowy Wierch od tej lepszej strony (wg mojej subiektywnej oceny).

Zobacz jak wyglądała nasza podróż tym szlakiem!

Pierwsza moja fotografia nocą. Pozostawia wiele do życzenia. Ale cieszę się mimo wszystko. Podobno każdy kiedyś zaczynał. Chwalę się, aby móc za jakiś czas porównać ją z innym zdjęciem. Trochę szumów na nim jest, ale najważniejsze, że udało się uchwycić drogę mleczną.

W tym przypadku ciążyła na mnie duża presja. Mam na myśli o mentalnej presji, która została wykreowana w mojej głowie. Trochę na wyrost, ale nie potrafiłem jej przeskoczyć, tej nocy. Wyszedłem z parkingu, poszedłem około 200 metrów w kierunku szlaku, żeby zrobić zdjęcie, ale po ustawieniu statywu zobaczyłem coś, pomiędzy drzewami. Szybko zwinąłem sprzęt i uciekłem w kierunku samochodu.

Zastanawiasz się o czym pisze? Skrolluj myszkę w dół.

Skrawek nieba sfotografowany tuż przy parkingu w Palenicy Białczańskiej. 

Jak zaczęliśmy?

Tym razem niestandardowo. Po raz pierwszy spałem w Tatrzańskim Parku Narodowym. Co prawda w samochodzie, ale to już coś. Do tego pomysłu namówił mnie Marcin. Zamiast wstawać w środku nocy i pędzić samochodem, żeby być na miejscu o odpowiednio dobrej porze, zrobiliśmy na odwrót. I dodam, że na samym początku wzbudziło to we mnie dziwny niepokój. Spać na parkingu? Wtf!

Zamieniliśmy tym samym ciepło i wygodę domowego łóżka na wpół złożone siedzenia w samochodzie. I oceniając to z dzisiejszej perspektywy to był genialny pomysł. Co prawda nie wyspałem się tak jakby oczekiwał tego mój organizm, ale mieliśmy czas, żeby przygotować się i oswoić z tematem. Nie no żartuje. Najgorsze w podróżowaniu i przemieszaniu się jest sztywno narzucony czas. To wywołuje u nas niepotrzebną presję. Warto czasem coś zmienić.

Co nas przeraziło?

Meldujemy się w Zakopanem. Robimy krótki postój w pobliskim Mc’donaldzie. Tak, wiem. Nie było to najlepsze posunięcie z naszej strony. Jest sobota. Noc. Lipiec 2019. I to druga jego połowa, a więc środek wakacji!

Wyobraź sobie, że w najbardziej rozpoznawalnym fast-foodzie po godzinie 23:00 kipi od ludzi. Cudem znajdujemy kawałek kanapy. To trochę rozgrzeszyło nasze sumienie.

Aha!

Nie jesteśmy sami, więc szybki burger i frytki to nie tylko nasza zachcianka. Ale co tam raz na ruski rok można. Szkoda tylko, że za 3 godzinny czeka nas prawie całodniowy trekking!

W takim razie spalimy to już na pierwszym odcinku trasy – pomyślałem.

I tak czekając już na zamówione jedzenie prowadziłem ze sobą wewnętrzny dialog. Koniec. Koniec tego gadania. To już historia, ale nie sposób o tym nie wspomnieć. Mógłbym napisać, że przed tak dużym wysiłkiem fizycznym należy zjeść bardzo zdrowy i pożywny, a przede wszystkim wartościowy posiłek, ale z doświadczenia wiem, że różnie bywa.

Po drodze działo się jeszcze wiele rzeczy. Jedna z nich była na prawdę zaskakująca i mroziła krew w żyłach. A tak serio nieco ponad 2-3 km przed Palenicą Białczańską (teraz nie jestem w stanie stwierdzić czy była to Bukowina Tatrzańska?) w terenie zabudowanym domami, drogą asfaltową, pod prąd biegnie zwierzak niczym wytrawny sprinter. Marcin, który prowadził samochód nieco odbił z drogi. Na pierwszy rzut oka wydawało nam się, że to tylko jakiś wyrośnięty owczarek niemiecki.

To był mały niedźwiadek!

Przecierasz oczy? Dobrze przeczytałeś. Pierwsza myśl, która zaświtała nam w głowie „jak on się tam znalazł”? Ok, Tatrzański Park Narodowy, występują w nim misie brunatne, ale nigdy bym się nie spodziewał, że spotkam go na ulicy.

Śmialiśmy się, że wyrwał się z chaty na mały balet, na miasto obiecując mamie, że wróci przed 24:00. Widocznie trochę się przeciągnęło i niedźwiadek pędził, żeby zdążyć za nim mama się zorientuje, że go nie ma 🙂

Skoro dotarłeś do tego momentu to pewnie zastanawiasz się, dlaczego zdjęcia są wyrwane z kontekstu. Muszę się trochę usprawiedliwić, bo pierwszy odcinek szlaku odbyliśmy w całkowitej ciemności. Z samochodu wyszliśmy o 2:30 już ubrani i spakowani, a rozjaśniać zaczęło się dopiero przy Wodospadzie Siklawa.

Wiedzieliśmy, że ten odcinek z parkingu, poprzez Wodogrzmoty Mickiewicza i wzdłuż Doliny Roztoki, zielonym szlakiem pójdziemy z czołówkami na głowach.

Szliśmy dość żwawym krokiem, bo chyba nie muszę wspominać o napotkanym po drodze niedźwiadku, który nie dość, że napędził nam strachu to jeszcze rozbudził naszą wyobraźnię.

Jeszcze Marcin ciągle powtarzał czego boi się podczas chodzenia po zmroku najbardziej? Domyślasz się? Bezpośredniego kontaktu z niedźwiedziem brunatnym. Idąc w nocy nie jesteśmy w stanie uprzednio zareagować. Nic nie widać z daleka, a nasze oczy dostrzegają tylko to co dzieje się 3-4 metry przed nami. Podobno misie nie są groźne i same bez powodu nie zaatakują człowieka, ale przy bardzo bliskim spotkaniu nie jesteśmy w stanie przewidzieć co się wydarzy.

Dla tego widoku warto iść tym szlakiem, fot. Marcin

Największy wodospad w Polsce

I tym nagłówkiem mógłbym zakończyć. Nic dodać. Nic ująć. Powiem szczerze, że na żywo wodospad robi imponujące wrażenie. Zdjęcia nie przedstawiają tego co zobaczymy przy bezpośrednim kontakcie z progiem rzecznym.

Stojąc tam przy nieco większym wietrze można poczuć na twarzy roszące  odrobinki wody odbijające się od skał. Wodospad spada z progu ściany dwiema lub trzema strugami w zależności od poziomu wody w Wielkim Stawie. Nie mniej jednak 65-70 metrów wysokości sprawia, że Wodospad Siklawa uznany został za największy w Polsce, ale nie najwyższy.

Praktycznie kilkaset metrów od wodospadu wyjąłem po raz pierwszy aparat.

Przy wodospadzie trzeba przejść krótki odcinek po dużych, wyślizganych, płaskich i na dodatek mokrych kamieniach. Trzeba być ostrożnym, bo w zależności od pogody już w tym miejscu może być niebezpiecznie.

W tle tafla wody – Wielki Staw Polski. 

 średni

TRUDNOŚĆ

 10-12 godzin

CZAS

 24 km

DŁUGOŚĆ

1453 m 

PRZEWYŻSZENIE

Jak wejść na Szpiglasowy Wierch?

Trzeba wspomnieć, że oprócz tego szlaku istnieją też inne drogi, które pozwalają dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów albo bezpośrednio na Szpiglasowy Wierch. Zastanów się na czym Ci zależy podczas wędrówki.

Do Doliny Pięciu Stawów można dojść także od strony Morskiego Oka kierując się niebieskim szlakiem na popularną Świstówkę. Trasa albo jej odcinki są zamykane w okresie zimy, aż do maja ze względu na duże zagrożenia lawinowe. Aby trafić na wyznaczony szlak należy cofnąć się od schroniska przy Morskim Oku i szukać oznakowanego miejsca.

Jedną z innych możliwości jest szlak prowadzący bezpośrednio do Morskiego Oka i stamtąd żółtym szlakiem idziemy w kierunku Szpiglasowego Wierchu, wzdłuż jeziora. Trasa o ciut krótsza czasowo od naszej propozycji.

Wybierając jednak tą opcję trzeba się liczyć, że jest ona bardziej oblegana przez turystów.

Mamy też możliwość cofnąć się do schroniska. My tego nie robimy. Dla nas to czas na 20-minutową przerwę śniadaniową. W między czasie podziwiamy panoramę i trochę za pomocą intuicji próbujemy rozpoznać otaczające nas szczyty.

Z dużą świadomością mogę stwierdzić, że szlak ten ma w sobie coś wyjątkowego. Czuję, że muszę tam wrócić na dłużej. Może nocleg w schronisku? Zimowa aura? Dolina Pięciu Stawów jest bardzo rozległa i ponadto z każdej strony otoczona górami.

My nie zdecydowaliśmy się na odwiedziny schroniska PTTK w Dolinie Pięciu Stawów, ze względu na brak czasu (po zrobionej trasie od razu wracaliśmy do domu) i niepewną pogodę. Warto jednak zrobić sobie tam krótki przystanek, a możesz to zrobić idąc zielonym szlakiem wzdłuż Doliny Roztoki i odbijając kilkaset metrów przez dojściem do Wodospadu.

Szukaj oznakowania i wejścia na czarny szlak. Będzie to kilkadziesiąt metrów od słynnego wyciągu towarowego w Litworowym Żlebie. To tam pracownicy schroniska quadami dostarczają jedzenie oraz inne produkty i kolejką wywożą bezpośrednio do góry.

Długość i przewyższenia

Nasz szlak ma około 24 kilometrów, a ilość przewyższeń na całym odcinku to aż 1453 metrów (tam i z powrotem). Początek ma miejsce już na wcześniej wspomnianym parkingu przy Palenicy Białczańskiej zlokalizowany na wysokości 990 m n.p.m. I aż do Wodogrzmotów Mickiewicza przyjdzie nam iść twardym asfaltem. Popularną i znaną drogą prowadzącą również do Morskiego Oka.

Droga technicznie nie jest trudna. Każdy kto chce jest w stanie przejść ten szlak. Zdarzą się górki i podejścia, większe lub mniejsze kamyki do pokonania, ale to nic strasznego. Jedynie co ewentualnie może odstraszyć potencjalnych turystów obierających ten cel to długość trasy.

Trzeba się liczyć w zależności od pory roku, że często wyjście o świcie może kończyć się powrotem po zmroku. Czołówki w okresie jesień-zima w górach to podstawa.

Według wyliczeń szlak można przejść w nieco ponad 9 godzin (bez odpoczynku), jednak to dość optymistyczne podejście do tematu. Tak na moje oko to będzie coś w granicach 10-12 godzin. To na prawdę bardzo indywidualne obliczenia, bo wszystko zależy od tego na jakim poziomie jest nasza kondycja fizyczna. Jak często robimy przystanki na zdjęcia, łyk wody lub herbaty lub konsumpcję kolejnego batonika fit!

Idziemy wzdłuż Wielkiego Stawu. Zaczyna delikatnie kropić deszczyk. 

Najcięższy odcinek przed nami, a w zasadzie za moimi plecami, fot. Marcin

Brak pogody

Krótkie śniadanie już za nami. Pogoda trochę nas rozczarowała. Nie tak byliśmy umówieni. To co nas poganiało to niepewna pogoda i niewielki deszcz. Zaczęło lekko kropić i mieliśmy niemały dylemat.

Co robić dalej?

Są dwie opcje. Wycofujemy się do schroniska i czekamy jak rozegra się sytuacja w przeciągu 1-2 godzin. Albo idziemy do góry i liczymy, że będzie dobrze. Kropiło, na niebie pojawiały się prześwity, a prognozy, które sprawdzaliśmy w tym czasie co 15 minut dawały nadzieję, że po godzinie 11-stej słońce rozgoni chmury.

To co w tym momencie wzięliśmy pod uwagę to czy te chmury oprócz deszczu nie zwiastują czegoś więcej – np. burzy? Mieliśmy przygotowane peleryny, których w zasadzie nie użyliśmy. Na szczęście nie było takiej potrzeby.

Oczywiście, poszliśmy dalej. Wszelkie za i przeciw były z przewagą na to by iść do góry. Nawet ze świadomością, że chmury zaniosą się jeszcze bardziej i nadzieja na przejaśnienie zniknie bezpowrotnie.

Komunikaty nie dawały żadnej szansy na gwałtowne burze! Nie było żadnych przesłanek, które skłoniłyby nas do tego, żeby jednak zatrzymać się na dłuższą chwilę w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów.

Tak swoją drogą żałuję, że czas i możliwości nie pozwoliły nam na to, żeby zawitać w to miejsce. I jako ciekawostkę rzucam na tapetę informację, że jest to najwyżej położone schronisko górskie w Polsce – 1671 m n.p.m.

Kozi Wierch otulony chmurami. 

Dla osób, którym spodoba się ta okolica i mają apetyt na więcej trzeba wspomnieć, że z doliny mamy możliwość zdobycia innych szczytów. Jedną z opcji jest szlak Orlej Perci, ale to już wycieczka dla zaawansowanych. Można też wybrać pośrednie szczyty należące do jednego z najtrudniejszych szlaków Orlej Perci (to marzenie wielu turystów!) np. Przełęcz Zawrat, Krzyżne albo Kozi Wierch.

Krzyżne

To pierwszy punkt na naszej trasie. Po przejściu przez drewniany mostek na Potoku Roztoki tuż nad Siklawą będzie dostępne odpowiednie oznakowanie. Żółty szlak na Krzyżne według danych z mapy z Doliny Pięciu Stawów będzie wymagał od nas poświęcenia 2 godzin i 10 minut. Do pokonania jest 444 metry wysokości. To już jeden ze skrajnych punktów szlaku Orlej Perci. Skąd nazwa Krzyżne? To miejsce w którym krzyżują się trzy grzbiety.

 Kozi Wierch

To aż 2291 m n.p.m i jest to oficjalnie 3 w Tatrach najwyższy szczyt w całości położony w Polsce. Jak się domyślasz po samej nazwie na jego łagodniejszych obszarach spotkać można stada wędrujących kozic górskich. Ludzie piszą, że szlak czarny prowadzący spod Wielkiego Stawu Polskiego jest ciężki kondycyjnie. Wszystko za sprawą mocnego podejścia. Trzeba pokonać aż 584 m przewyższenia. Tabliczka na szlaku wskazuje, że z tego miejsca wystarczy nam 1 godzina i 30 minut czasu, żeby wejść na szczyt!

Zawrat

Przełęcz Zawrat (2159 m n.p.m.) to początek szlaku Orlej Perci. Z tego miejsca można rozpocząć najtrudniejszy szlak w Tatrach Polskich. Na Zawrat możemy wejść od strony Doliny Gąsienicowej, bezpośrednio ze Świnicy i Doliny Pięciu Stawów. Ten ostatni szlak jest najprostszą opcją skierowaną do osób początkujących. Czas dojścia z Doliny Pięciu Stawów, Niżnie Solisko to 1 godzina i 15 minut (skrzyżowanie szlaku w kierunku Zawratu i Szpiglasowego Wierchu).

To trzy bardzo ciekawe propozycje na kolejny wypad w góry. Pamiętaj jednak, żeby dopasować własne możliwości i doświadczenie do panujących warunków pogodowych. Nad wyjściem w góry zimą należy pomyśleć trzy razy za nim to zrobimy.

Kto był w tym miejscu ten wie. Stojąc nad Wielkim Stawem czułem, że to zdjęcie zrobi furorę na instagramie! Jest bajecznie i sielankowo. W oddali widać wspomniane schronisko i Przedni Staw Polski, kolejny z pięciu zaliczanych do tej doliny.

Za to Wielki Staw Polski ma za sobą takie osiągnięcia jak: najdłuższe i najgłębsze jezioro w Tatrach (na drugim miejscu znajduje się Morskie Oko), w ogólnopolskim zestawieniu plasuje się na 3 miejscu względem głębokości.

Mówi się o nim, że jego pojemność stanowi 1/3 pojemności wszystkich jezior w Tatrach. To są fakty! Znaliście je – bo ja nie. Tym bardziej czapki z głów.

Podział trasy

Propozycja tego szlaku to wg mojego uznania 4 etapy.

Każdy z nich prezentuje zupełnie coś innego co sprawia, że wędrówka nie jest monotonna.

Od Palenicy Białczańskiej, aż do Potoku Roztoki, tuż nad Siklawą. To pierwszy etap i chyba najbardziej monotonny i mało ciekawy pomijając Siklawę. Początkowo maszerujemy  asfaltem, aż do Wodogrzmotów i zaczynamy pierwsze poważne podejście do góry, ale rozciągnięte na odcinku 5 kilometrów. Warto pamiętać, że to tutaj robimy dużą część przewyższenia, bo ponad 600 metrów. Nie mniej jednak przewyższenie jest łatwe do pokonania. Na widoki przyjdzie nam trochę poczekać. W większości idziemy pośród drzew, więc nie wiele widać.

Następny etap będzie jednym z najprzyjemniejszych. To czas na wyrównanie oddechu i zebranie sił na najtrudniejszy odcinek. Idziesz wokół Wielkiego Stawu Polskiego, czasem lekko pod górkę, a czasem w dół. Trasa jest prosta i przyjemna dla nóg. Po za tym przyszła pora, aby nacieszyć oko. Przy dobrej widoczności ukażą nam się góry i po raz pierwszy zobaczymy nasz punkt docelowy. Widok naszego celu może dodać nam siły lub zdemotywować. Patrzysz i myślisz. Jeszcze tyle drogi przede mną? Niech chociaż raz zadziała u mnie zjawisko teleportacji! Proszę. Wiem, brzmi jak fantasy, ale trochę znajomo.

I tutaj warto przytoczyć fakt, że to w tym wszystkim najważniejsza jest droga, a nie sam cel.

Ten drobny szlaczek to droga, którą idziemy do góry. Po małym spacerku wokół jeziora przyszedł czas na wspinaczkę. To nas trzeci etap i jego końcem mogę określić Szpiglasowy Wierch. Teraz idziemy już pionowo do góry. No przesadzam. Fakty jednak mówią same za siebie. Otóż przed nami ponad 2 kilometrowy odcinek i aż 472 metry przewyższenia. Co ciekawe, teraz zaczyna się etap najciekawszy, czyli pierwszy kontakt z łańcuchami. Odcinek ten nie powinien sprawić nikomu trudności.

Mimo wszystko rozsądek miło widziany. Jeśli ktoś tęsknił za odrobiną adrenaliny to tutaj ją znajdzie. Są momenty w których kilkunastometrowe przepaście pobudzają wyobraźnię. Trzeba pamiętać, że podczas deszczu lub w chłodniejsze dni kamienie i łańcuchy będą śliskie, więc może warto pomyśleć o cienkich rękawiczkach.

W niektórych momentach łańcuchy posłużą nam do asekuracji, ale są też takie fragmenty trasy, gdzie będziemy używać ich do wciągania się po punktach skalnych do góry.

Odcinek z łańcuchami jest na prawdę krótki. Ani się obejrzymy, a będziemy na górze. I to będzie już przedostatni punkt przed wyjściem na sam szczyt. Pozostało nam ostatnie 200 metrów drogi.

Jesteśmy już bliżej niż dalej, a tym samym radość i euforia wzmaga się w nas z każdym kolejnym pokonanym metrem.

Turyści na Szpiglasowej Przełęczy. 

Szpiglasowy Wierch

Wyobraź sobie, że w lipcu, w sobotę o godzinie dziewiątej rano na szczycie nie ma nikogo. Oprócz nas. To miła informacja, bo na górze nie ma zbyt wiele miejsca. Pogoda nadal nas nie rozpieszczała i chociaż deszcz przestał padać to nadal mieliśmy problem z widocznością.

Przed nami szło 4-5 turystów, ale najwidoczniej zbyt długo nie zabawili na górze, bo już śladu po nich nie było.

Jesteśmy na wysokości 2172 m n.p.m. 

Pisali, że Szpiglasowy Wierch ma bardzo ładny widok na Tatry Wysokie, żeby nie powiedzieć, że z tego miejsca ekspozycja jest jedną z najpiękniejszych jakie do tej pory widziałem. Robi wrażenie.

Najgorsze dla podróżującego turysty-fotografa jest towarzyszące mu poczucie niepewności. Nigdy nie wie jak pogoda ostatecznie się ułoży. To, że są chmury to nie oznacza, że tak będzie przez cały czas. I ta myśl towarzyszyła mi do samego końca. Góry są nieprzewidywalne. Często gęsto trzeba wykazać się dużą cierpliwością.

I w tym przypadku opłaciło się, bo pogoda po 20 minutach na szczycie zaczęła się klarować. Pojawiały się mniejsze i większe prześwity. Słońce zaczęło toczyć walkę rozganiając chmury. Tym samym ekspozycja na Tatry Wysokie była coraz większa.

Cubryna – 2376 m n.p.m.

Na co patrzeć?

Momentami chmury kłębiły się tak gęsto, że przysłaniały te najważniejsze punkty na naszej panoramie, ale moją główną atrakcją był bez wątpienia – Mnich. Już od pierwszych minut spędzonych na szczycie pokochałem ten widok. Bardzo pięknie pozowały w tym dniu Tatry Wysokie. Mimo, że momentami było na prawdę różnie.

Ciekaw jestem czy zwróciłeś uwagę oglądając zdjęcia, że w niektórych miejscach są jeszcze niewielkie pozostałości po ostatniej zimie czyt. resztki śniegu.

Przejdźmy jednak do faktów, czyli panoramy jaka czeka na nas górze.

PANORAMA

Bez wątpienia największą uwagę skupiają Rysy, Mięguszowieckie Szczyty, Czarny Staw pod Rysami, Morskie Oko i to jest południowa strona naszej panoramy. Patrząc na Szpiglasową Przełęcz tuż nad nią widoczny jest masyw szczytu o nazwie Miedziane. Można powiedzieć, że oddziela ona Dolinę Pięciu Stawów od Doliny Rybiego Potoku.

Przy odpowiednich warunkach pogodowych ze Szpiglasowego Wierchu można dostrzec na prawdę wiele. Jeśli odjedziemy trochę wzrokiem w prawo od Cubryny to naszym oczom ukaże się Niżni Ciemnosmreczyński Staw. I idąc dalej w tym kierunku widok mamy także na Tatry Zachodnie.

Z tej wyższej perspektywy dobrze ogląda się także Orlą Perć i Dolinę Pięciu Stawów. No ale to oczywista oczywistość.

Szczyt po środku zdjęcia – Mięguszowiecki Szczyt 2438 m n.p.m., a po prawej stronie Cubryna. 

I jak podobały Ci się zdjęcia Mnicha? Są wykonane z kilku perspektyw i zupełnie inne wrażenie robi na mnie ten trudno dostępny szczyt od strony Szpiglasowego Wierchu, aniżeli, gdy patrzyłem na niego schodząc już do Morskiego Oka.

Powiem szczerze, że te zdjęcia w całości odzwierciedlają warunki jakie panowały w tym dniu.

Droga powrotna, czyli zejście do Morskiego Oka. 

Szpiglasowy Wierch z dołu. 

Widoczność? Poprawiła się. Powoli zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze grupy turystów. My natomiast schodzimy w dół, bo chcemy pomiędzy 15-16 godziną być już w aucie. To już ostatni czwarty etap naszej wędrówki, czyli powolne schodzenie w dół. Mimo wszystko jeszcze 12 kilometrów do końca, a tym samym jakieś 4 godziny drogi (nie licząc postoju w Morskim Oku). Trasa do Morskiego Oka prowadzi przez głazy ułożone w formie schodów tworząc szeroki chodnik. Idzie się całkiem przyjemnie.

To tam moje wysokie buty dały mi się we znaki i poczułem skutki całodziennej wędrówki po szlaku.

To jest to o czym mówiłem. Popatrz na Mnicha z tej perspektywy. Na mnie robi piorunujące wrażenie. Zresztą najwięcej miejsca na kartach pamięci mojego aparatu zajmowały kadry tejże góry. Na jej szczyt prowadzi jedna z najtrudniejszych tras wspinaczkowych w Tatrach. Północno-wschodnia ściana widoczna na zdjęciu opada pionowo prawie 260 metrów w dół.

Miałem ciarki fotografując Mnicha i widząc na jego czubku ludzi, którym w tym dniu udało się wejść do góry. Było kilku śmiałków, a my bacznie obserwowaliśmy ich poczynania.

Rzut oka na Wrota Chałubińskiego.

[content]

Czy widzisz ludzi na tym zdjęciu?

Jakie są moje wrażenia? Podsumowując, potwierdzam, że jest to jedna z najpiękniejszych tras w Tatrach i oprócz tego, że jest to szlak długodystansowy to skierowany do osób początkujących. To dobra opcja jeśli chcemy sprawdzić się na dłuższej trasie, zdobyć pierwszy kontakt z łańcuchami, a po za tym liczymy na nieprzeciętne widoki. To wszystko znajdziesz w tym miejscu.

Wierzę, że moja relacja przynajmniej w niewielkim stopniu skłoniła Cię do przejścia tego szlaku. Teraz wiesz co i jak. Zaplanuj podróż w te rejony i podziel się swoimi wrażeniami w komentarzu!

Wpisz zapytanie. Wciśnij Enter aby wyszukać.