Jak przejść przez Czerwone Wierchy i nie dać się pogodzie?

Autor: TOBIASZ
Jaki jest najlepszy szlak w Tatrach Zachodnich? Czerwone Wierchy! To pierwsza moja myśl, która pojawiła się w głowie. I ciężko się z tym nie zgodzić. I chociaż szczyty należące do ich grona nie są najwyższe w tej części Tatr to w tym przypadku wcale im to nie umniejsza. Długo czekały na mojej prywatnej liście. 
Jak przejść przez Czerwone Wierchy ciesząc się tamtejszym widokiem? Pokażę Ci jak przebiegała moja wędrówka, jakie szczyty wliczają się do tej grupy, opowiem o przewyższeniach,. Ile czasu zajęło mi przejście całej tras? Dowiesz się w jaki sposób nawet latem pogoda jest w stanie pokrzyżować nasze plany. Czeka na Ciebie bardzo ciekawy materiał i urocze foty – moim skromnym zdaniem. 

Z klasykiem się nie dyskutuje. Tatry Wysokie cały czas stoją na piedestale i to z pewnością nigdy się nie zmieni. To one budzą zachwyt ze względu na swoją wyniosłość i majestatyczność. To mimo to Polskie Tatry nie mogłyby istnieć bez wielu ich części. Jedną z nich są Tatry Zachodnie. Każdy szlak w górach ma swoich sympatyków i przeciwników. Podobnie jest w życiu. Z czymkolwiek.

Mamy ulubione miejsca i szczyty do których wracamy częściej lub po prostu rzadziej. Dlaczego turyści bardzo często uczęszczają w te rejony?

To co przyciąga to na pewno rozległe widoki, duża dostępność, brak problemów technicznych (pojawiają się, wyłącznie przy trudnych warunkach pogodowych), wyjątkowa i wręcz obłędna panorama na całe Tatry.

 patronem tej wyprawy jest:

Prognozy, a pogoda?

Sprawdź pogodę – mówili. Owszem, burze latem w górach to nic nadzwyczajnego. Byłem przygotowany. Wiedziałem, że ciężko będzie się wstrzelić z odpowiednimi warunkami. Tym bardziej, że ten trek należał do tych długodystansowych.

– Będą rozładowania atmosferyczne, ale w nocy.

– Chociaż tyle. Odetchnąłem z ulgą.

Miałem jednak świadomość, że prognozy to jedno, a pogoda w górach to drugie. Często płata figle. Dobra. Postanowione, nie pozostało mi nic innego jak przygotować ekwipunek. I w nocy modlić się o to, żeby pogoda pozwoliła przejść to co zaplanowałem sobie już kilka miesięcy wcześniej.

W torbie mam dodatkową bluzę w razie przemoczenia. Pelerynę, gdyby deszcz postanowił towarzyszyć mi na szlaku. Fizyczna mapa turystyczna – chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że to nasze drugie źródło informacji o trasie. A co jeśli padnie nam bateria w naszym smartfonie? Zabieram też ze sobą rzeczy bez których nie wyobrażam sobie wyjścia na szlak, czyli wodę, żelki i batoniki (ktoś kiedyś powiedział, że za pokonane kilometry i trudy trzeba się godnie wynagradzać!). Do tego długo nie trzeba było mnie przekonywać. Ktoś mądry musiał to wymyślić.

W nocy budzą mnie przeraźliwe grzmoty piorunów, które urządziły sobie tej nocy pokaz własnych możliwości.

Słyszę grzmoty.

Jeden za drugim.

Z kilkusekundowymi przerwami.

To były konkretne rozładowania atmosferyczne. Nie takie małe pierdnięcia. Wrzało i huczało! W dodatku czułem się jakby ktoś co kilka minut robił nam zdjęcia z użyciem lampy błyskowej. Kolejny grzmot poprzedzał wystrzał błyskawicy. Z niecierpliwością wyczekiwałem końca. Z drugiej strony liczyłem na to, że burza wystrzela się w nocy i w ciągu dnia nie będę musiał martwić się, że coś mnie zmusi do zawrócenia ze szlaku.

Na dowód tego o czym pisałem – Hala Kondratowa i rozciągnięty pastuch wokół schroniska. 

Jak zacząłem?

Dzwonek budzika dał mi sygnał, że pora wstawać. Wyglądam za okno i wcale nie czuję, że to jest właśnie ten dzień. No nic, ubieram się i pędzę w kierunku parkingu przy rondzie Jana Pawła II przed Kuźnicami. To tam zostawiam samochód. Nie korzystam z parkingów bliżej zlokalizowanych za, które trzeba zapłacić 20 zł / dobę. Można podjechać jeszcze bliżej, ale wolę przejść 1 km i zaoszczędzić kasę, którą wydam w schronisku.

Hala Kondratowa i pastuch…

Hala Kondratowa to mój pierwszy przystanek. Melduję się tam po godzinie 6:20. Nie widzę nikogo. Mamy środek lata, wakacje, a na szlaku totalne pustki. Co jest grane? Przepraszam, spotkałem jedną osobę bezpośrednio przy kolejce PKL na Kasprowy Wierch w Kuźnicach, ale tam nasze drogi rozeszły się.

Wiecie, że o tej godzinie schronisko jest zamknięte, a wokół domku rozłożony jest elektryczny pastuch?

Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Zastanawiałem się kogo tak na prawdę odstraszać ma ten elektryczny drut. Może niedźwiedzie lub inne dzikie zwierzęta? A może po prostu nachalnych turystów, którzy nocą chcą dostać się do schroniska za wszelką cenę? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

Po około pół godzinach pojawia się pierwszy turysta z którym mam okazję porozmawiać. Zaskakujące było to, że w tym dniu, o tak wczesnej porze, na terenie TPN spotyka się dwóch gości pracujących w tej samej branży. Przypadek? Myślę, że tak, ale jakże miły. Jak się okazuje mój krótko poznany znajomy w tym dniu idzie na Giewont. Szkoda.

Otworzyli schronisko, które samo w sobie nie jest za wielkie. W środku spotkaliśmy 4 osoby, które spały na podłodze. Widać, że szykowały się powoli do wyjścia. My szybciutko skorzystaliśmy z punktu oddawania potrzeb fizjologicznych i nie przeszkadzając udaliśmy się każdy w swoją stronę.

W lewo szlak prowadzi na Przełęcz Kopy Kondrackiej, w prawo można iść na Giewont.

Rzut oka na Kasprowy Wierch. 

Zmierzamy Halą Kondratową w kierunku Przełęczy, by pokonać pierwsze metry przewyższenia. 

Jak przejść przez Czerwone Wierchy?

Czerwone Wierchy, czyli masyw górski znajdujący się w samym środku Tatr Zachodnich. Można go obejść z dwóch stron od wschodu i zachodu. Strona wschodnia rozpoczyna się od Hali Kondratowej lub jak ktoś woli można rozpocząć trasę z Kasprowego Wierchu (śmigasz kolejką do góry i dreptasz w kierunku Przełęczy pod Kopą lub wchodzisz na Kasprowy od dołu – ale to już high level!). Wtedy nasz trekking przybiera zdecydowanie większych rozmiarów. Skierowane do długodystansowców pisane przez duże D!

średni

TRUDNOŚĆ

10-11 godzin

CZAS

18 km

DŁUGOŚĆ

1279 m 

PRZEWYŻSZENIE

To są kompletne dane z przejścia całej trasy z uwzględnieniem powrotu tą samą drogą. Informacje sporządzone na podstawie strony mapa-turystyczna.pl. Co do czasu przejścia to podałem konkretny przedział  z uwzględnieniem różnych okoliczności, które na szlaku mogą się wydarzyć. Dużo zależy od pogody. I od przygotowania fizycznego. Dodałem 2 godziny czasu na krótkie przerwy. Myślę, że to sprawiedliwy przedział, który powinien być tylko punktem odniesienia. Z doświadczenia wiem, że wiele w przypadku czasu może się diametralnie zmienić.

 

Po za tym to od nas zależy czy chcemy gonić, czy po prostu cieszyć się przebywaniem w górach w pięknych okolicznościach przyrody – co powinno być celem samym w sobie 🙂

Jaki szlak?

Ja zdecydowałem się na rozpoczęcie szlaku od strony wschodniej. To tam pierwszy szczyt jaki na mnie czekał jest najmniejszy pod względem wysokości spośród wszystkich czterech, które były są na liście.

Kuźnice – Hala Kondratowa – Przełęcz pod Kopą Kondracką – Kopa Kondracka – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak 

 

Od Kuźnic, aż pod Schronisko na Hali Kondratowej zmierzamy szlakiem niebieskim, który od tego miejsca, aż do Przełęczy pod Kopą Kondracką zamieniamy na kolor zielony. Pozostała część szlaku aż po Ciemniak to kolor czerwony.

Przypominam, że oznaczenie szlaków kolorami nie świadczy o ich poziomie trudności. W tym przypadku bardziej chodzi o ich długość, dostępność i widoki.

Sprawdził się najgorszy z możliwych scenariuszy. W tym miejscu łapie mnie delikatny deszcz, który z minuty na minutę jest coraz silniejszy. O nie! W głowie zapaliła się po raz pierwszy czerwona lampka. Sygnał ostrzegawczy, który bił się z moimi myślami: iść dalej, czy nie iść?

Oszaleję.

Wyciągam pelerynę i zakładam na siebie, żeby całkowicie nie przemoczyć się. Gdzie jest to słońce, które obiecywali od godziny dziewiątej rano? 🙂

Uff. Idą za mną jacyś turyści, więc chyba nie jestem jakimś nieogarniętym szaleńcem. Ulżyło mi. Nie poddam się tak łatwo. O burzy nie było mowy, więc idę cierpliwie do góry nie tracąc czasu na oglądanie się za siebie. Po drodze mijają mnie młodzi triathloniści, którzy w charakterystyczny dla siebie sposób wbiegają po schodach jakby wbiegali po klatce schodowej jakiego dużego 10-piętrowca. Brawo Wy. Ja natomiast łapię już lekką zadyszkę, bo w deszczu człowiek automatycznie idzie jakby szybciej.

Zdjęcie zrobione przy zejściu w kierunku Hali Kondratowej – Giewont. 

Jestem już na Przełęczy pod Kopą Kondracką i widoczność – bez zmian.  Nadal nie wyciągam aparatu z torby, bo nie widzę sensu. Chociaż momentami bije się z myślami, a może wyciągnij i zrób parę zdjęć, bo może lepszych warunków w tym dniu już nie będzie? 😉

EDIT: Może być tak, że zdjęcia będą pomieszane, ale odpowiednio dopasowane do przebiegu całej trasy. Niektóre foty zostały wykonane już przy lepszej pogodzie podczas powrotu.

 Kopa Kondracka

2005 m n.p.m.

To mój pierwszy punkt na trasie. Szczyt od którego zaczynają się Czerwone Wierchy. Najmniejszy spośród wszystkich czterech zaliczanych do tej grupy.

Był moment zwątpienia, kiedy po wejściu na Kopę Kondracką po pół godzinach czekania na jakikolwiek prześwit, przejaśnienie nic takiego się nie wydarzyło. Co najgorsze to to, że temperatura na górze w tych warunkach była jak na lato dość niska. Nie wiem ile stopni było w tym momencie na górze, ale po pewnej chwili czułem, że muszę zejść niżej! Tam wiatr był słabszy i było stosunkowo cieplej. Na Kopie Kondrackiej w tym czasie spotkałem 4-5 osób, które mijały się ze mną.

„To nie może się tak skończyć” – pomyślałem.

Muszę zejść nieco niżej, żeby ogrzać się. Jak się okazuje podszedłem zbyt optymistycznie do pogody i założenie krótkich spodenek w tym dniu było moim przekleństwem. Przepiździało mnie dogłębnie 😉

Co jeszcze o Kopie?

Jako ciekawostkę można uznać pierwsze odnotowane postawienie stóp na szczycie Kopy Kondrackiej, które miało miejsce 1832 roku. To takie oficjalne i urzędowe przypisanie, bo już dużo wcześniej w tym rejonie wchodzili miejscowi pasterze i ludność zamieszkująca tereny Podhala. Dla niektórych może wydawać się to dziwne, ale kiedyś na pograniczu Przełęczy pod Kopą i samej Kopy prowadzony był zorganizowany wypas owiec. Wyobrażasz sobie pasterzy, którzy codziennie wchodzą i schodzą na wysokość ponad 2000 metrów. Wtf?

Z tego miejsca w bardzo przystępny sposób możemy uderzyć w kierunku Giewontu. Mając odrobinę siły i spontaniczności wracając można zahaczyć o ten szczyt. Trzeba wygospodarować sobie na tę okoliczność dodatkowo około 60 minut czasu. Może zachód słońca na Śpiącym Rycerzu to jest to o czym marzysz? Żałuję, że nie wpadłem na ten pomysł w trakcie tylko teraz siedząc przed klawiaturą mojego komputera 🙂

Poniżej Przełęcz pod Kopą. Moja cofka z Kopy miała miejsce do tego białego, betonowego słupka. To w tym miejscu nastała jasność, która uratowała cel wędrówki 🙂

Na szczęście nie musiałem schodzić, aż do Przełęczy pod Kopą, bo już w połowie drogi doszło do odwrócenia całej tej felernej pogody. Tfu. Ktoś znowu nade mną czuwał i nagle nastała jasność. Po raz pierwszy odkąd byłem już na tym etapie wędrówki pojawiło się słońce. A co za tym idzie? Słońce zaczęło rozganiać chmury, mgłę. W jednej chwili deszcz przestał padać. Nagle z widoczności, która ograniczała zasięg wzroku do kilku metrów można było dojrzeć nie tylko wędrujących turystów z oddali, ale także panoramę i sąsiadujące szczyty.

No to wio do góry. 

Póki co były to jednak tylko krótkotrwałe przejaśnienia i na coś trwałego należało jeszcze poczekać.

Świnica z Kopy Kondrackiej.  

Gdyby nie tabliczka na szczycie to pewnie do tej pory nie wiedziałbym, że moje nogi stanęły na kolejnym wierzchołku. Małołączniak powitał mnie kompletną mgłą. Nie było widać za wiele, nie mówiąc o panoramie, której nie uświadczyłem ani trochę. Nie zatrzymywałem się w tym miejscu na długo. Moją uwagę zwróciła jednak grupa czterech dziewczyn i towarzyszący przy nich pies. Malutki kundelek, raczej bez rodowodu, który jak się później okazało przybłąkał się na Czerwone Wierchy po drodze. Po raz pierwszy widziałem psa, który zdobywał swoje dwutysięczniki bez żadnych trudności i bez przewodnika (czyt. właściciel).

Małołączniak zostawiłem na później. Miałem nadzieję, że w drodze powrotnej ten wierzchołek uraczy mnie swoimi widokami.

W drodze powrotnej, gdy pogoda dała sygnał, że jednak będzie dobrze szlaki opanowały grupy turystów. Zrobiło się ciasno i mniej kameralnie. 

 Małołączniak

2096 m n.p.m.

Małołączniak, drugi punkt na szlaku. Od Kopy Kondrackiej idziemy Przełęczą Małołącką po drodze nie napotykamy zbyt wielu trudności. Jest lekkie zejście w dół i ponowne podejście, a to wszystko jesteśmy w stanie zrealizować w przeciągu ok. 30 minut.

Czerwone Wierchy mają to do siebie, że ich szczyty są zlokalizowane blisko siebie. Zdobywanie kolejnych dwutysięczników w tym przypadku nie było jeszcze tak proste. Pamiętaj, liczby nie kłamią. Popatrz. Od najbliższego do najdalszego celu naszej wędrówki dzieli nas 2,5 km, czyli w ciągu godziny jesteśmy w stanie stanąć na 4 wierchach powyżej 2000 m n.p.m.

Zachęciłem Cię?

Skąd nazwa Małołączniak?

Już spieszę z wyjaśnieniem. To proste. Góra ta wznosi się nad trzema bardzo popularnymi dolinami: Doliną Cichą, Doliną Małej Łąki, Doliną Kościeliską. Najbliżej dostępna i zlokalizowana jest dolina z wytłuszczonym fontem. Stąd też jej nazwa, bez przypisywania zbędnej ideologi.

Co ważne dla osób, które lubią penetrować jaskinie lub mają w swoich planach tego typu trip u podnóża, czyli w północnej części stoku Małołączniaka ukształtowały się (nie wiem jak to zgrabnie ująć!) najgłębsze jaskinie w Tatrach: Wielka Śnieżna (808 m – głębokość) i Śnieżna Studnia (726 m – głębokość).

Na co dzień zderzam się z takimi głębokościami w swojej jaskini zjeżdżając klatką (gwarą ślunską: szolą) na poziomy 700, 800 i 1000 metrów. Myślę jednak, że nie można tego porównywać.

Szlak w większości wygląda w ten sposób. Droga technicznie prosta. 

Momentami mgła przysłaniała drogę, ale dla mnie ma to osobisty urok. To sprawia, że na szlaku nie ma prawa wiać nudą. Wolę taką pogodę niż bezchmurne niebo i totalną lampę z 32 stopniami na termometrze.

Na tym szlaku nie ma możliwości schronienia się w przypadku deszczu, konkretnej nawałnicy lub podczas silnych upałów. Trzeba się odpowiednio przygotować i dostosować do pogody. Moja peleryna spełniła swoją funkcję już na początku mojej wędrówki.

Krzesanica

2122 m n.p.m.

Najwyższy szczyt z grupy Czerwonych Wierchów.

Od Małołączniaka do Krzesanicy mamy rzut beretem. Te dwa szczyty dzieli Litworowa Przełęcz, którą można pokonać w ciągu 20 minut. Zatem, mamy w swoim dorobku najwyższy punkt na szlaku, jeśli chodzi o Czerwone Wierchy.

Ten masyw górski charakteryzuje to, że z każdego wierzchołka jest co najmniej kilka doskonałych punktów widokowych. U podnóża Krzesanicy po polskiej stronie znajduje się Dolina Miętusia, a po drugiej słowackiej części jest Dolina Cicha. Nie jest już żadną tajemnicą, że po tym szczycie i ostatnim usytuowanym na mapie przebiega granica polsko-słowacka.

Muszę się przyznać, że nie wiedziałem o tym, że Tatry Zachodnie kryją w sobie tak dużą ilość jaskiń. Gdyby nie przygotowywanie się i wertowanie po sieci w celu poszukiwania najlepszych informacji o tej trasie nigdy bym nie wiedział o tym fakcie. Wyobraź sobie, że po południowej stronie ściany Krzesanicy można znaleźć, aż 50 jaskiń. Co prawda nie są one jakoś wyjątkowo głębokie, ale mimo wszystko jest to zaskakujące!

Krzesanica nie posiada na szczycie żadnego oznakowania w postaci tabliczki. Po czym poznamy, że to już teraz jesteśmy na najwyższym szczycie Tatr Zachodnich?

Jedną z charakterystycznych rzeczy dla tego szczytu będą poukładane małe kamyczki w formie wież tzw. kopczyki. Tak, wiem marny sposób, bo przecież nie zawsze kamyki mogą być poukładane w tej formie. Stało się to za sprawą turystów, którzy wykorzystali specyficzną dla tego miejsca kupę kamieni i stworzyli takie dzieło artystyczne.

Jest to swego rodzaju tradycja, która ma już dość długą historię. Kopczyki mogą mieć różne znaczenia. Stawiane były w celu upamiętnienia osoby, zaznaczenia swojej obecności w danym miejscu lub oznakowania szlaku. Pierwsze moje skojarzenia po zobaczeniu tego skalnego cmentarzyska przywoływało do tego co można uświadczyć w Himalajach.

Przypadkowi turyści uchwyceni na chwilę po rozgonieniu chmur, którzy pięknie zapozowali. Okno na świat 🙂 

Krzesanica od północnej strony opada do Mułowego Kotła. Ściana przybiera nie małych rozmiarów, bo aż 200 metrów w dół, całkowicie pionowo. W oddali po lewej stronie widać Małołączniak, który z tej perspektywy wydaje się być mało znaczącym wzniesieniem.

Z tego miejsca dzieli nas już niewielka odległość od ostatniego wierzchołka jakim jest Ciemniak. To foto wykonane zostało już na Mułowej Przełęczy, która oddziela od siebie te dwa szczyty. Są zlokalizowane stosunkowo blisko siebie, a żeby przemieścić się z jednego szczytu na drugi potrzebujemy niecałe 10-15 minut.

Ciemniak

 2096 m n.p.m.

Wysunięty najdalej na zachód szczyt okiełznany. Nie było łatwo, wbrew pozorom, ale Ciemniak kończy listę mojej wędrówki. Trzeba wspomnieć, że Czerwone Wierchy można przejść rozpoczynając szlak od drugiej strony (od zachodu), czyli de facto przechodzimy przez całą Dolinę Kościeliską, zahaczamy o schronisko na Hali Ornak i tamtędy kontynuujemy swój trek aż po Ciemniak. To licząc od schroniska jesteśmy w stanie osiągnąć po nieco ponad 3 godzinach czasu.

Góra ta wznosi się nad dolinami: Kościeliska, Tomanową, Tomanową Liptowską, Miętusią i kotłem Doliny Mułowej, niegdyś określanej jako Dolina Ciemna. Jak się domyślacie stąd też nazwa tego szczytu.

Na Ciemniaku pogoda klaruje się na tyle dobrze, że to tam po raz pierwszy podczas całej mojej wędrówki zatrzymuje się i robię dłuższą przerwę. Za nim jednak sięgnę po moje przekąski z plecaka robię kilkadziesiąt zdjęć. Uchwyciłem piękne kadry jak najszybciej bojąc się, że światło, które było w tym czasie może za chwile stracić się.

Co dają mi góry?

Nie da się opisać słowami momentu, gdy stajesz na kolejnym szczycie i tym samym czujesz, że to co zaplanowałeś zostało zrealizowane.

Szczęście. Ulga. Spełnienie.

W połączeniu daje to poczucie, że unosisz się co najmniej metr nad ziemią. Nie żartuję. Może w tym przypadku było to tylko pół metra, bo Czerwone Wierchy mimo, że długo wisiały na mojej liście „do zrobienia” do jednak nie są tymi górami, które budzą we mnie duży respekt i uznanie na samą myśl o nich. Ciarki na plecach. I takie inne.

Wierzę, że wiesz o czym mówię.

Będąc w górach zdaje sobie sprawę, że tak na prawdę nie potrzeba nam wiele do szczęścia. To może wydawać się dziwne dla osób, które góry omijają szerokim łukiem i nie jest im po drodze, ale im trudniejsze warunki w górach i więcej przygód napotkanych po drodze tym radość jest większa.

Okej, to jeszcze nie koniec wędrówki, bo jeszcze muszę wrócić, więc moja przygoda nie kończy się na tym etapie. Chociaż można powiedzieć, że „moje letnie przejście przez Czerwone Wierchy” zostało uratowane. Tego już nikt mi nie zabierze!

Powrót był o tyle ciekawszy, że mogłem w końcu uraczyć się widokami na każdym ze szczytów. Zdjęcia w relacji są wymieszane, a więc może być pewna rozbieżność pogodowa. Pokażę Ci w ten sposób jak pogoda wyglądała na początku, a jak później, gdy już wracałem.

Jak przejść przez Czerwone Wierchy latem?
  • Grzegorz M

    Wyładowania atmosferyczne;) Rozładowania energii elektrycznej. A Czerwony Wierchy w niepogodę faktycznie mogą dać w kość, zdarzało mi się nimi wędrować we mgle, innym razem ewakuowałem się przed burzą. Nie polecam. Co do uroku to sprawa subiektywna, natomiast rejon Siwego Wierchu, Rochacze, Banówka, Wołowiec dużo bardziej mi się podobają.

Wpisz zapytanie. Wciśnij Enter aby wyszukać.